WARSZAWA KLATKA PO KLATCE

Adam Barański
29 stycznia 2014
Majestatyczny Pałac Kultury ciasno otoczony wianuszkiem wieżowców. Trotuary Starego Miasta zapełnione pieszymi. Tętniące życiem centrum miasta rozświetlone barwnymi neonami. Światła na ostatnich piętrach warszawskiego Manhattanu. Stadion Narodowy, Muzeum Historii Żydów Polskich, nowe inwestycje. Ściemnia się. Przejście – widzimy iskry samochodowych świateł na rondach i głównych arteriach miasta. Panorama Warszawy w oddali. Cięcie. Mamy przepis na warszawski timelapse.
Z Warszawą pokazywaną w animacjach poklatkowych jest jak z kolorowymi katalogami, które możemy znaleźć w biurach podróży. Bierzemy je do ręki, otwieramy na pierwszej stronie i dzięki oszałamiającym zdjęciom zanurzamy się w cudowny świat fantazji. Patrzymy na kuszące zdjęcia drinków z palemkami, lazurowe morze, piaszczyste plaże i błękitne niebo, na którego tle można dostrzec czerwony latawiec. Woda zawsze ma dwadzieścia kilka stopni, plaża jest zamknięta, a nasz kurort sąsiaduje z tętniącą życiem ulicą pełną knajpek serwujących lokalne smakowitości. Skuszeni zdjęciami, oszołomieni kupujemy wycieczkę. Ale już w samolocie, kiedy zostajemy usadzeni między spoconym panem, którego brzucha nie jest w stanie utrzymać w ryzach żadna koszula i niesfornym chłopcem, który złośliwie kopie nas w kostkę, lazur naszych wyobrażeń zaczyna blaknąć. Docieramy na miejsce i okazuje się, że w naszym kilku gwiazdkowym apartamencie nie działa klimatyzacja, polscy sąsiedzi „tańczą dla mnie”, do morza ze skrawkiem przeludnionej i kamienistej plaży jest pięć kilometrów, tętniąca życiem uliczka składa się z dwóch barów i jednego sklepu (pod którym stoją swojsko wyglądający panowie), a w all inclusive zamiast Coca-Coli podają ciepłą Pepsi.
Zapytam zupełnie szczerze – czy mieszkamy w mieście wieżowców, a nasze centrum to Manhattan? Czy nasza Starówka tętni życiem, chodzimy tam aby w jednej z licznych kafejek pić kawę i chroniąc się pod parasolem delektować się piękną pogodą i czytać książkę Rolanda Barthesa? Czy Trasa Łazienkowska kojarzy się nam z tryumfem nowoczesności? Każdy kolejny timelapse tak właśnie pokazuje Warszawę. Otwieram link do YouTube, który ktoś mi podesłał na fejsie i głośno ziewam. Bo to nie jest moje miasto.
Większość z nas mieszka w blokach, siarczyście klnie kiedy stoi w korkach, z biurowcami znamy się tylko z widzenia. Po zakupy idziemy do Biedronki, na piwo – w plener. Walczymy z brakiem kasy, wkurwiamy się na śmieci, dzikie reklamy, odrapane kamienice i ulice, których remonty nigdy się nie kończą. Tego wszystkiego dziwnym trafem w takich filmach nigdy nie ma. Z filmami o Warszawie jest jak z pierwszymi dziełami Mélièsa. Pozwalają wierzyć i marzyć o czymś wielkim. Śnimy jednak sen o Warszawie, która nie istnieje. Otrzepmy się wreszcie z naszej piany złudzeń. W teledyskowych kadrach serwują nam Warszawę jako powidok oślepiających świateł Manhattanu. Dajmy odpocząć oczom i jeszcze raz wyostrzmy wzrok na prawdziwe miasto z cegły i smogu.
W ciągu ostatnich lat tylko jeden film sprawił, że zakochałem się w Warszawie na ekranie. Była to stolica sportretowana w „Drogówce” Smarzowskiego. Policjanci stołujący się w barze Dudu, praskie bloki o cienkich ścianach, rozkopane ulice przy rondzie ONZ, korki, ucieczka po dachach prawdziwej Pragi etc. Warszawa taka jaka jest, bez żadnego udawania. Na taki timelapse właśnie czekam, ale nie mogę się doczekać. Dajcie mi Warszawę nie z pocztówki, dajcie mi stolicę z całym dobrodziejstwem inwentarza.
Zdjęcie główne to fotos z umieszczonego powyżej filmu „The Capital [Bonobo – Transits ft. Szjerdene]”
aut. #adambarański
— to jest archiwum bloga Pańska Skórka, aktywnego w latach 2013-2021 nadal działamy w social mediach :)
indeks tagów i autorów znajdziesz tutaj.