GROCHÓW: GDZIE TU SIĘ MOŻNA (BYŁO) NAPIĆ?

Paulina Gorzkowska
5 września 2013
Koledzy zaczęli z wysokiego C. Architektura, słoikologia, źle wykorzystana przestrzeń miejska. Ważne i poważne tematy. Ale gdy człowiek trafi nagle do dzielnicy znanej jedynie z opowieści, pojawia się równie ważne i poważne pytanie: GDZIE TU SIĘ MOŻNA NAPIĆ? A jeśli dodam, że chodzi o Grochów, pytanie będzie brzmiało: GDZIE TU SIĘ MOŻNA NAPIĆ I NIE ZGINĄĆ OD CIOSU NOŻEM PO UPRZEDNIM STRACENIU PORTFELA, TELEFONU I GODNOŚCI OSOBISTEJ? Służę radą. Zanim jednak pokrótce opowiem o nowych, cywilizowanych miejscach spotkań w mojej okolicy zwanej w latach 90 warszawskim Brooklynem, proponuję wycieczkę w przeszłość, do barów i restauracji, gdzie godność osobistą tracili nasi rodzice i dziadkowie.
Dawno, dawno temu w budynku przy ul. Grochowskiej 234/40 był sobie Zagłoba. A konkretnie było ich dwóch: restauracja z dancingiem oraz bar-mordownia. W restauracji odbyło się wesele moich rodziców, w barze codziennie topili smutki okoliczni żule oraz studenci z pobliskiego akademika przy ul. Kickiego, czyli tzw. Kica. Jednym z nich (studentów, nie żuli) był Muniek Staszczyk, który wspomina w wywiadzie dla TVN Warszawa:
Był też bar “Zagłoba” blisko Ronda Wiatraczna, tam cała ekipa grochowskich meneli się zbierała. To była kufloteka taka chamska, studenci pili z menelami. Jednak panowała pełna symbioza. Nikt nikogo nie bił. Studenci grzecznie stali z menelami po to piwo. Takie były lata 80' w Warszawie.
Oprócz podstarzałych miejscowych lumpów i napływowych studenciaków, Zagłobę nawiedzała też rodowita grochowska młodzież, w tym Andrzej Stasiuk, który w Jak zostałem pisarzem pisze:
Najprzyjemniej było w Zagłobie. Nikt się do nikogo nie przypierdalał. Rondo Wiatraczna niedaleko, więc był przepływ i nie wiadomo, kto swój, a kto obcy, więc nikt się nie wychylał. Staliśmy godzinami nad piwem. To nie było w porządku, bo kufli na całą salę barmanka miała z piętnaście i kolesi w kolejce szlag trafiał, ale nic nie mogli zrobić. Takie czasy. Zawsze czegoś brakowało. Albo piwa, albo kufli, albo kasy.
Moi rodzice twierdzą, że na ich weselu w części restauracyjnej nie brakowało ani piwa, ani kufli, ani w ogóle niczego, a to wszystko dzięki zaradnej kierowniczce lokalu – pani Irenie. Możliwe, że nazywała się zupełnie inaczej, ale moja mama zarzeka się, że właśnie Irena. Nie wiem, czy jej wierzyć, bo gdy byłam nastolatką, z takim samym uporem wmawiała mi, że do osiemnastego roku życia nie wzięła do ust alkoholu, co obecna przy tym babcia skwitowała znaczącym, stłumionym chichotem. Była to mamy pierwsza i ostatnia gadka umoralniająca.

indeks tagów i autorów znajdziesz tutaj.