MERCEDES BĘC – CZYLI RELACJA Z DYSKUSJI O REKLAMIE W PRZESTRZENI PUBLICZNEJ

Filip Jaremko
25 września 2013
Cóż za koincydencja! – pomyślałem sobie wczoraj. Ledwie Piotr wrzucił na Pańską Skórkę niechlubną galerię warszawskiej reklamy wielkoformatowej, a tu wyskakuje mi zaproszenie na spotkanie, poświęcone temu właśnie problemowi. „Orientuj się!” to – jak głosi informacja prasowa – cykl spotkań, poświęconych zagadnieniom kultury miejskiej, organizowany przez Fundację „Bęc Zmiana” w pawilonie Stacja Mercedes. Nie dane mi było wcześniej odwiedzić tego miejsca, a w jakiś sposób ubzdurałem sobie, iż jest to po prostu wydzielona na cele kulturalne część salonu handlowego tej marki. Jak się okazało na miejscu – nie myliłem się. Wygląd tego salonu nijak jednak ma się do tradycyjnych oszklonych witryn, pełnych najnowszych modeli danej marki i mniej lub bardziej nowoczesnych, ascetycznych wnętrz.
Stacja Mercedes ulokowała się na rogu parku Czerwonego Krzyża, w miejscu zburzonych niedawno starych garaży. Zaprojektowany przez wziętą pracownię architektoniczną WWAA pawilon robi naprawdę świetne wrażenie: ażurowa drewniana konstrukcja, zadaszenie z przezroczystych plastikowych płyt, a przede wszystkim niełatwa do okiełznania, nieregularna bryła i otwierane w ciągu dnia na oścież metalowe drzwi, nawiązujące do nieistniejących już garaży. Wszystko to, dodając do tego nastrojowe oświetlenie, sprawia, że jest to przede wszystkim przestrzeń, w której ma się ochotę spędzić czas. Ustawiony w centralnym punkcie samochód, migające tu i ówdzie monitory z reklamami, czy nawet potężne logo sponsora, wpisane w jedną z drewnianych ścian nie rażą, wydają się być dodatkiem do naprawdę ciekawego i przytulnego miejsca. Nie chciałbym, aby ten przydługi wstęp zabrzmiał jak product placement. Faktem jednak jest, że Mercedes trafił w dziesiątkę pod względem sposobu promowania własnej marki wśród Warszawiaków. Przykład pawilonu pojawił się zresztą dość szybko podczas dyskusji dla zobrazowania alternatywnych form reklamy, które dobrze wpisują się, a wręcz ubogacają przestrzeń publiczną. Zacznijmy jednak od początku.
Do dyskusji, oprócz prowadzącego ją Arka Gruszczyńskiego, zasiadła pani Mirosława Rudzka z firmy Mercedes, Tomek Fudala – krytyk sztuki i kurator festiwalu „Warszawa w Budowie” oraz Tymek Borowski – artysta plastyk. Obecność jedynej w tym gronie niewiasty była chyba podyktowana względami kurtuazyjnymi, gdyż jej aktywność ograniczyła się właściwie tylko do opowiedzenia o projekcie Stacja Mercedes, który ma być – i jest – dowodem na nowoczesne i przyjazne podejście do reklamy przez firmę, którą reprezentuje. Zgromadzona publiczność, w liczbie tylko o połowę przekraczającej panelistów (czy było to wynikiem braku zainteresowania tematem przez Warszawiaków, czy zorganizowanym w tym samym czasie przy Foksal wykładem Helmuta Jahna – naprawdę nie wiem), miała przyjemność wysłuchać najpierw ciekawego zagajenia w wykonaniu Tomka Fudali. Z niego dowiedzieliśmy się miedzy innymi, że reklama wielkoformatowa był obecna w Warszawie już od końca XIX wieku. Jak się jednak miały tego typu reklamy, wymalowane na pustych ścianach kamienic, do gigantycznych banerów, zasłaniających obecnie fasady budynków, wie chyba każdy, kto natknął się kiedyś na te relikty outdooru, widniejące jeszcze gdzieniegdzie w Warszawie tudzież innych polskich miastach.
Oczywiście wszyscy dyskutanci zgodzili się co do tego, że reklama wielkoformatowa szpeci przestrzeń publiczną. Tymek Borowski dodał, że do podobnych wniosków dochodzą sami reklamodawcy, a przewartościowanie w tej dziedzinie nie polega na prostej zmianie nośników, ale na docieraniu do klientów w sposób bardziej przyjazny, oferujący im coś poza rozpraszaniem uwagi. Jednocześnie cała czwórka skonstatowała, że reklamy wielkoformatowe nie znikną wraz z ewolucją marketingu. Fudala obwiniał o to niektóre drukarnie, naciągające małe przedsiębiorstwa na taki właśnie, anachroniczny w dzisiejszych czasach sposób promocji. Jako winnych wskazywał też prywatnych właścicieli działek, którzy wynajmują swoje place pod wielkie konstrukcje outdoorowe. Głównego winnego obecnego stanu rzeczy warto chyba jednak upatrywać we władzach miast, które z epidemią banerów i wizualnym „noise’em” nie za bardzo umieją sobie poradzić. Uczestnicy spotkania, jak również wywołana z widowni do głosu Aleksandra Stępień z inicjatywy „Miasto Moje A w Nim”, z nadzieją spoglądali na prezydencki projekt nowelizacji ustawy o ochronie krajobrazu. Zapisy tego projektu rzeczywiście wydają się być krokiem w dobrym kierunku, jednak część z nich jest mocno kwestionowana przez organizacje, zrzeszające producentów energii wiatrowej – bo to w nich wspomniana ustawa uderzy najbardziej. Nie wiadomo więc, czy projekt w ogóle wejdzie w życie. Jednocześnie rozmówcy zwrócili uwagę na to, że zaproponowane w nim rozwiązania dotyczące powierzchni reklamowych w przestrzeni publicznej, są tak naprawdę opcją minimum i dość łatwo będzie reklamodawcom je obejść.
Dyskusja robiła na mnie wrażenie ciekawej, ale jednocześnie jałowej rozmowy o przyszłości reklamy i standardowego utyskiwania na reklamowe pandemonium, które wszyscy obserwujemy zarówno w Warszawie i innych dużych miastach Polski, ale też w mniejszych miejscowościach w sezonie turystycznym. Sprawdziło się tym samym proroctwo Piotra, który odradzał mi udział w niej, prognozując właśnie jedynie narzekanie i brak konstruktywnych wniosków. Odniosłem wrażenie, że wszyscy pokładają całą nadzieję właśnie w ustawie Bronisława Komorowskiego. Na szczęście po oddaniu głosu publiczności, swoje postulaty zaproponował artysta – grafik, który wyrwał dyskutantów z marazmu. Wskazał na faktyczny problem nierespektowania prawa do integralności utworu architektonicznego (rodzi to uzasadnione pytanie, czy nawet najlepsza ustawa oczyści przestrzeń miejską z niechcianych reklam, o ile władze nie znajdą w sobie na tyle dużo determinacji, by faktycznie wcielić ją w życie?). Zaproponował też stworzenie eksperckiej komisji, która arbitralnie decydowałaby, gdzie i jaką reklamę w mieście można będzie umieścić. Fudala nawiązał wtedy do komisji, stworzonej przez Naczelnego Plastyka Warszawy w okresie PRL, Stanisława Soszyńskiego, której działalność polegała właśnie na sprawdzaniu, czy istniejące założenia urbanistyczne są respektowane. Jak słusznie zwrócono uwagę, takie ciało eksperckie narażone byłoby na duże naciski i oskarżenia o stronniczość. Jest to jednak jakiś pomysł, na pewno wart rozważenia.
Być może dyskusja przyniosłaby więcej konkretnych propozycji rozwiązań, gdyby udział w niej wziął jakiś przedstawiciel władz miejskich. Niemniej cieszy, że w następstwie poruszenia tego problemu przez nowego naczelnika Wydziału Estetyki Przestrzeni Publicznej m.st. Warszawa, Grzegorza Piątka, takie debaty zaczynają się odbywać. Kolejna, zorganizowana przez inicjatywę „Miasto Moje A w Nim” już jutro o 18.00 w Barze Prasowym. Warto się na nią wybrać, bo będzie możliwość usłyszeć, co w tym temacie ma do zaproponowania ratusz – w osobie wspomnianego Piątka.

aut. #filipjaremko
— to jest archiwum bloga Pańska Skórka, aktywnego w latach 2013-2021 nadal działamy w social mediach :)
indeks tagów i autorów znajdziesz tutaj.